Dziś byłem na driving range’u. Dodatkowo zaciągnąłem kolegę z pracy – niech sobie spróbuje i zobaczy z czym to się je ;-)
Zacząłem oczywiście fatalnie: wystraszyłem kilka królików, gdyby były trybuny zabiłbym kilku widzów. A starałem się jak mogłem. Tak się starałem, że aż dorobiłem się pęcherza na środkowym palcu lewej ręki, który przy którymś kolejnym uderzeniu rozbabrałem.
Aż nagle przy uderzeniu usłyszałem inny dźwięk. Taki bardziej suchy, jak trzask bicza ;-) Gdy ja zastanawiałem się czy nie „pękłem piłeczki”, ta cała (chyba) poleciała daleeeeko i prosto. Więc to tak brzmi dobre uderzenie!!!
Jeszcze pięć razy później udało mi się popieścić uszy tym dźwiękiem, tak więc 90% uderzeń źle brzmiało.
A kolega? Powiedział, że mu się podobało i że kiedyś jeszcze przyjdzie pouderzać, ale błysku w oku nie widziałem.
Czyżby kręgosłup? :)
\Heh, musiałem góglnąć o co chodzi :)\
Nie lepiej udać się na street’a?
da.killa: jeszcze nie. Ale patrząc na jajcusia, to myślę, że jestem na dobrej ku temu drodze.
JOUKI: na „street’a” czyli gdzie?
Kiedyś planowałem spróbować street golfa czy jak to mówią inaczej urban golfa gdzie miasto traktowane jest jako pole golfowe. Nawet piłeczkę zakupiłem … i na tym się skończyło :)